Fast fashion? Taki świat. Może go zmienimy?

© Dollar Photo Club

© Dollar Photo Club

Pamiętam jakiś, w przelocie obejrzany, odcinek perfekcyjnej pani domu, gdzie P. Perfekcyjna radzi jak doprowadzić szafę do ładu. Mantra wygłaszana przez coraz więcej osób ostatnio – pozbywamy się rzeczy zniszczonych, nienoszonych przez ostatni rok, chyba że stanowią jakąś szczególną dla nas wartość. Cenna rada – nie przeczę.  

Tyle, że mimo coraz częściej robionych, gruntownych porządków, po których worki ubrań lądowały w PCK, w mojej szafie wciąż był chaos. Całkiem niedawno zakupione ubrania, po dwóch miesiącach nadawały się do wyrzucenia, nic do niczego nie pasowało, wszystkiego było za dużo. Można jeszcze wmawiać sobie, że tak już jest, że jak klasyczna kobieta otwieramy szafę z odwiecznym „nie mam co na siebie włożyć”. A można się nad tym zastanowić.

Lektura książki „Overdressed” Elizabeth L. Cline, uświadomiła mi, że dziwne zjawisko zachodzące w mojej szafie nosi nazwę fast fashion. Kupujemy dużo, tanio, często bezmyślnie. Rzeczy z byle jakich materiałów, byle jak uszyte, ważne żeby fason zgadzał się z tym obowiązującym w danym sezonie. Szafa przez chwilę wydaje się bardziej użyteczna, ale po około 2, 3  miesiącach okazuje się że 1/2 nadaje się do wyrzucenia – zmechacone ubrania, zbyt opatrzone fasony itp. Wyrzucamy więc tę połowę i pędzimy do sklepu „wreszcie kupić sobie coś porządnego”. Znów kupujemy dużo i tanio. Cykl zaczyna się od nowa.

I wszystko to niejako zaprogramowane jest przez przemysł odzieżowy. Produkcja odzieży, przy użyciu najtańszych materiałów, taniej i mało wyspecjalizowanej siły roboczej. Opłaca się, bo zapewnia stały cykliczny dopływ gotówki. Taka odzież trafia do sieciówek, bo tylko one (na szczęście?) mogą pozwolić sobie na produkcję w Chinach. Chińskie fabryki odzieżowe zaprogramowane są na produkcję tylko ogromnych zamówień.

Ta książka, pisana przez amerykankę, uświadomiła mi też, że coś co w USA czy w zachodniej Europie uważane jest za „śmieciową modę”, u nas wciąż uchodzi za tzw. markowe ubrania. Elizabeth opisuje sytuację kiedy amerykanin wchodząc do sklepu odzieżowego jednej ze znanych sieciówek ma błogie poczucie, że „na wszystko może sobie pozwolić” i kupuje. Dla nas te ubrania są zwyczajnie drogie, dlatego tym bardziej powinniśmy zwracać uwagę na ich jakość. Sterczące nitki, byle jaka bawełna, krzywe szwy – to nie są ubrania na które warto wydawać fortunę.

W USA ta droga jest trochę bez powrotu. Produkcja na miejscu jest tam tak droga, że odzież szyta w stanach jest dla przeciętnego amerykanina nieosiągalna. Dlatego Elisabeth radzi: „Kupuj ubrania, które naprawdę Ci się podobają. Nie kupuj za dużo i wydobądź jak najwięcej z tego co nosisz”.

W Polsce na szczęście jest o wiele bardziej optymistycznie, choć kłopoty Vistuli, która stopniowo pozbywa się swoich własnych fabryk, idealnie wpisują się w schematy wydarzeń z Overdressed. Mamy jednak sporo mniejszych firm, które szyją z pomysłem, sercem i nie zapomniały o jakości.